- Słucham pana? .

. Dwoma malutkimi pomidorami.. Tętniące w nim życie wpełzło w jakiś róg.. -, półprzeźroczysty zarys jakiejś postaci, a potem wszyst-rozwiało się bez śladu... Tak, rozwiało. Takie wtedy. Claude położył się na ziemi, tak że jego nogi pozostały we wnętrzu wieży. Następnie umieścił swoje szczególne astrolabium na palu, starając się jak najdokładniej skoordynować początek kątów z jego centrum. Drugim okiem patrzył przez stały wizjer, poruszając astrolabium, aż środek krzyżyka natrafił na światło latarni. W ten sposób zyskał linię łączącą środki wejść zamku i wieży, pozwalającą się domyślić początku każdego kąta, który wskazywała iglica umieszczona na kątomierzu.. FRANCISZEK WOJCIECHOWSKI w branży cyrkowej działał od lat z górą trzydziestu. Zaczynał jako atleta w wędrownej tancbudzie wiedeńczyka, Karla Siebenwassera, która z sukcesem objeżdżała wszystkie cesarsko-królewskie prowincje - od Dalmacji po Bukowinę. Walki Wojciechowskiego były udawane, o czym wiedzieli tylko pryncypał i aktualny przeciwnik. Atleci brali się za bary wtedy, gdy milkła orkiestra, a goście, zmęczeni tańcem, zasiadali przy stołach. Bywalcom zakładu oferowano zatem rozrywkę nieustanną - jeśli nie tańczyli, to jedli i pili, a jeśli i to napawałoby ich nudą, wówczas mogli podziwiać tarzających się w piasku atletów, a nawet obstawiać zwycięzców tych walk. Bardzo szybko zapaśnicy zorientowali się, że mogą dobrze, choć nielegalnie, dorobić do skromnego honorarium. Możliwość taką stwarzało obstawianie po cichu własnych walk lub też tajne umowy z po- kątnymi bukmacherami, którzy odpłacali się im godziwym procentem za sfingowanie jednej czy drugiej walki. Proceder ten stał się tak oczywisty, że wieść o nim doszła do pryncypała. Pan Siebenwasser - po przesłuchaniu różnych donosicieli i po przeliczeniu swych strat - wynajął pewnego dnia innych osiłków, a wszystkich sobie niewiernych natychmiast wyrzucił z pracy. Nie była to jedyna kara, jaka ich spotkała. Dwaj, którzy się najbardziej sprzeniewierzyli wiedeńczykowi, opuścili jego zakład z obandażowanymi prawymi rękami. Jeden z nowo przyjętych do pracy atletów, nałogowy-jak się okazało - sadysta, zmiażdżył drzwiami palce owym dwóm niewdzięcznikom. Jednym z nich był Franciszek Wojciechowski..